Whisky Live Warsaw 2017 – Rok wyczekiwania na ucztę – Wydarzenie #18

Tyle czekałem… i już po. Jakoś nie mogę tego przetrawić. Mam spory niedosyt i nadal niezaspokojony apetyt. Czemu? Głównie dlatego, że tegoroczny Whisky Live Warsaw był strzałem w dziesiątkę, a ja mimo kilku godzin imprezy czuję, że ominęło mnie za dużo. Ci, których to wina, bo byli głodni, wiedzą, o kim mówię 🙂

Od razu piszę, że ten post będzie bardzo subiektywny. WLW 2017 był moim drugim festiwalem w tym roku. Niestety, nie było mi po drodze ani do JG, ani Poznania, Wrocławia, czy Krakowa. WLW nie mogłem sobie odpuścić i gdy dotarłem do Sangate Hotel (nowa lokalizacja) drugiego dnia imprezy, momentalnie wsiąkłem w klimat, ludzi, butelki, jedzenie. Po prostu się tym zachłysnąłem. Nie byłem blogerem. Nie robiłem notatek. Nie starałem się skatalogować wszystkiego, aby odpowiednio móc potem opisać wydarzenie. Poddałem się chwili i po obfitym posiłku (żeby na degustować na pusty żołądek), który okazał się wyjątkowo smaczny (doskonały grill na tarasie, a nie w hotelowej restauracji, na którą sporo osób narzekało), wziąłem się do dzieła.

Chwilę zajęło mi dotarcie na pierwsze piętro (początkowo wylądowałem na konwencie gier karcianych 😉 ). Gdy dostałem kieliszek i zapoznałem się z ofertą sklepu festiwalowego, wrażenie zrobiła na mnie wielka sala, na której wreszcie wszyscy spokojnie się pomieścili, nikt nikomu nie deptał po piętach, nikomu nie musiałem wsadzić łokcia w żebra i przeciskać z kieliszkiem do whiskopoju. Brawa dla organizatorów za zmianę miejsca. Nadal blisko lotniska, ale olbrzymia różnica jakościowa.

W doskonały nastrój wprawiły mnie też znajome twarze, które widziałem wszędzie, gdzie się obróciłem. Przyznam, że dla mnie tegoroczny WLW był jak świąteczne spotkanie rodzinne. Nareszcie pretekst, żeby spotkać ludzi, z którymi w ciągu roku łączy jedynie portal społecznościowy. Na poprzednich imprezach tego typu miałem wrażenie nastawienia na klienta z ulicy, kogoś, kto przyjdzie, zapłaci i zrobi before przed afterem, a tu wyrównały się proporcje amatorów i “ekspertów”. Wzmocniło to poczucie jedności zebranych.

Przed festiwalem zaplanowałem sobie drogę przez festiwalowe stoiska i gdy już napełniłem żołądek, postanowiłem się trzymać planu. Śmiałem się nawet, że pewnie jestem tak wyposzczony, że pierwsze stoisko stanie się z miejsca moim ulubionym i najbardziej na koniec gloryfikowanym. Gdy zobaczyłem Rajmunda Matuszkiewicza z Murray McDavid wiedziałem, że faktycznie tak się stanie. Miło porozmawiać z ekspertem, sącząc doskonałą whisky i nie mając poczucia napuszenia i dominacji drugiej strony. Whisky nadal jest towarem ekskluzywnym i często nawet ktoś prezentujący najgorszy sikacz będzie sprawiał wrażenie, jakby wyżej srał niż dupę miał (jak mawia babcia kolegi). Ponieważ nie trafiłem jeszcze na nieciekawą butelkę Murray McDavid i tym razem się nie zawiodłem. Próbowałem trzech wypustów, każdy uważam za strzał w dziesiątkę, ale szczególnie przypadł mi do gustu 1st fill exbourbon 23 Y.O. Springbank 50,4% – niebo w gębie.

Tuż obok znalazło się drugie najmocniejsze stoisko – Adelphi. Po zeszłorocznym sukcesie, wszyscy ostrzyli sobie zęby na ich wspaniałości. Byłem bardzo ciekaw rocznego i dwuletniego new make z ich nowej destylarni Ardnamurchan. Pierwszy – 2016 AD okazał się być delikatny i słodkawy, drugi 2017 AD lekko dymny i treściwy. Oba spokojnie mogłyby lądować w moim kieliszku regularnie, zamiast większości dostępnych podstawek. Nic więc dziwnego, że szybko skorzystałem z przecen festiwalowych i oba egzemplarze znalazły się w moim plecaku (dzięki Bartek i Marcin 🙂 ). Pozostałe wypusty Adelphi były smaczne, ale największe wrażenie zrobił na mnie Laphroaig 25 Y.O., którego polecił mi nie kto inny, jak Ingvar Ronde. W zeszłym roku wspólnie zachwycaliśmy się Teelingiem Madeira Cask, a w tym medyczny potwór zmiótł nas z nóg. Mam wrażenie, że niestety stoisko Adelphi padło ofiarą swojego sukcesu. Z góry założyłem, że jest to doskonała whisky, brakuje mi zagadki, czy posmakuje mi dany wypust, bo znam odpowiedź 🙂 . Spróbowałem kilu ciekawostek i ruszyłem dalej.
Żałowałem tylko, że nie miałem okazji skosztować niektórych butelek, które zniknęły już w piątek, ale o tym później.

Kolejnym stanowiskiem, które zrobiło na mnie wrażenie było Wolf Distillery, gdzie doskonały Gin, dymna whiskey i smakowita trzylatka wprawiły mnie w osłupienie. Pierwszy raz z produktami Michała Płucisza i spółki spotkałem się w Jastrzębiej Górze rok temu i miałem mieszane odczucia. Od tego czasu bardzo dużo się zmieniło i jeśli w takim tempie będzie szedł jakościowy postęp, to rośnie nam na rynku potęga, którą będę wspierał całym sercem. Czy to za sprawą alkoholu, czy piernika babci Michała, stoisko opuściłem w super nastroju. Dopiero później miałem okazję sprawdzić dlaczego tuż obok stała gromada chłopów z wywieszonymi jęzorami. Kto był, ten wie, o co chodziło. Każdy chwyt marketingowy jest dobry. Szwagier też się zakochał.

Część stanowisk, stanowiły whisky, o których wiadomo, że nigdy nie zawiodły. Należało je odwiedzić, przywitać się ze znajomymi, skosztować jednego, czy dwóch wypustów, ale nie blokowałem za długo dostępu innym. Do tych należą zdecydowanie Compass Box, Douglas Laing i Amrut. W wyżej wymienionej grupie znalazłby się pewnie Kavalan, ale dziewczyny na stoisku lały tak mało (a nie mam wielkich wymagań), że po pierwszej próbie postanowiłem ostentacyjnie (wiem, że to dużo dało 😉 ) odejść i nie wróciłem. O tym też później.

Wielką ciekawostką okazały się stoiska Santis Malt – Swiss Alpine Whisky, jak też Hellyers Road Distillery. Pierwsze doceniam za wyjątkowość dymnej ekspresji. Piłem coś takiego po raz pierwszy i mimo, że podejrzewam, że nie wszystkim przypadła do gustu, ja byłem pod wrażeniem. Piliście whisky o smaku oscypka? Nie? A ja tak 🙂
Hellyers Road, to destylarnia z Tasmanii. Kilka razy miałem zamiar zakupić podstawowe wydanie ich whisky – Original, ale cena ok. 180 zł mnie odstraszała. Podczas WLW 2017 miałem okazję spróbować wydań: Original (dobrze, że nie kupiłem), 10 Y.O., 12 Y.O., peated i pinot noire i ta ostatnia stanowiła nie lada gratkę. Finisz w beczkach po winie produkowanym i leżakowanym w Australii sprawił, że odkryłem kilka ciekawych niuansów smakowych.

Jakimś cudem ominęła mnie za to degustacja włoskiej Puni.

Rozczarowały mnie nowe wersje single malt od Ballantines – 15 Y.O. Glenburgie i 15 Y.O. Miltonduff. Zgadzam się, że jest to wydarzenie, że zacięty blendoróbca wreszcie decyduje się na wypuszczenie singla, ale degustowane wypusty były tak delikatne i nijakie, że zapomniałem o nich po chwili.

Tak, jak wspomniałem, degustacja była ważna, ale otocznie ważniejsze, dlatego pewnie nie byłoby takiego zachwytu, gdyby nie otaczający mnie ludzie. Pozdrowienia należą się trzem Marcinom, Konradowi, Sebkowi, Bartkowi, Rajmundowi i Karolinie, a także ekipie e-whisky.pl, Diageo i Bow Tie. Super było też zobaczyć panie ze sklepu Ballantine’s na Vogla (jak zwykle mega profeska). Na koniec gratulacje należą się oczywiście organizatorowi, panu Jarkowi Bussowi, który (co się rzadko zdarza) faktycznie potrafi słuchać i wszelkie uwagi, jakie były sygnalizowane rok temu zostały wzięte pod uwagę.

Odrobinę żałuję, że nie dane mi było skosztować niektórych wypustów ze względu na opróżnienie butelek już w piątek. Ktoś mi powie, że trzeba było zjawić się pierwszego dnia, ale mam wrażenie, że ponieważ festiwal podzielony jest na dwa dni i większość gości, jak ma do wyboru mniej lub więcej godzin obcowania z whisky za tę samą cenę, to oczywiście wybierze sobotę. U mnie piątek był nieosiągalny i uważam, że butelki powinny być podzielone po równo, skoro z góry wiadomo, że festiwal też jest podzielony.

Drugą rzeczą, która mnie delikatnie drażniła, to ilość whisky oferowana na stoiskach. Kavalan przebił wszystkich, gdy pani nalała mi mój przydział w mikrosekundę przechylając butelkę – ciach, ciach. Spojrzałem na dno i znalazłem tam dosłownie dwie-trzy krople. Rozumiem, że oszczędność itd., ale jeśli dana whisky jest w cenie biletu, to chyba lepiej żebym podszedł raz i był zadowolony, a nie musiał stać ostentacyjnie przed lejącym i podawać kieliszek po każdym ćwierć łyku, narażając się na wrogie spojrzenia wygłodniałych w kolejce za mną.
Przez to odechciało mi się napełniać słoiczki na sample, bo chyba musiałbym stać pół dnia w oczekiwaniu na jeden.

O dziwo nie kupiłem butelki festiwalowej. W tym roku był to Amrut Spectrum kolejna edycja, która przy cenach festiwalowych kosztowała ciut ponad 700 zł. Pamiętam, że jak wyszła pierwsza edycja jej koszt szybko poszybował z 700 zł na ponad 1000 zł, więc myślę, że cena była do przełknięcia, jednak zakup wynikałby tylko z sentymentu do imprezy, gdyż zawartość butelki zupełnie mi nie podeszła. W zamian zainwestowałem w Ardnamurchany i jestem bardzo zadowolony z transakcji. 

Standardowo już widzę też, że na żadnym festiwalu nie mogę dostać Bunnahabhaina 25 Y.O., choć chcę za niego zapłacić !!! 🙁 ale może kiedyś się uda lub ktoś ma otwartą???

Jak widzicie, jest to bardzo subiektywna recenzja WLW 2017. Tym razem wziąłem w nim udział pełnym sercem i bardzo miło będę wspominał. Dużą przyjemność sprawiło mi też oglądanie naszego loga na billboardach i plakatach reklamowych. Mała rzecz, a cieszy i motywuje do dalszej pracy.

Powinienem pewnie wspomnieć o master classach, nagrodach dla whisky dnia, prezentacjach itd, ale tego nie zrobię 🙂

Szkoda, że znów odliczamy rok do kolejnego WLW, ale na dobre warto czekać. Do zobaczenia.

Autor:
Adam Kucharuk
Marika Wójcik-Kucharuk

Zdjęcia:
Adam Kucharuk
Marcin Wójcik

One thought on “Whisky Live Warsaw 2017 – Rok wyczekiwania na ucztę – Wydarzenie #18

  1. Trochę spóźnione, ale szczere i serdeczne pozdrowienia i podziękowania dla wszystkich.

    Zwłaszcza:
    – redaktorski / edytorski duet Adaś & Marika, czyli numer jeden i dwa w wielkiej patologicznej rodzinie Szach Malt. Za wszystko. Za tapczan i dobre butelki poza festiwalem i …tron, kiedy człowieka przyciśnie dwójka 😉
    I buziaki dla Miśka, rośnie nam kolejny degustator 😉
    – Sebkowi za wspólną podróż i odstawienie do domu i Maćkowi, że wpadł i że wie co dobre – witaj w klubie miłośników smoły;
    – Bartkowi i Krzysiowi, dzięki i widzimy się wkrótce! Z Krzysiem pewnie na kolejnym Festiwalu (może też w Krakowie), a z Bartkiem zaraz degustujemy ukraińskie wódki 😉
    – Konradowi i Marcinowi. Ten kurczak jednak był trochę ostry 😉
    – Andrzejowi i Agnieszce z e-whisky.pl, wiem, z Wrocławia nie z Poznania 😉
    – Janek, Bow-Tie i wszyscy, których spotykamy co rok na festiwalach 🙂
    – ukłony dla Pana Artura Orzecha z Trzeciego Programu Polskiego Radia – okazuje się, że miłośnik whisky i kumpel Pana Jarka Bussa 😉
    – i jeszcze uściski dla Pani Aleksandry, która zawsze wygląda świetnie 🙂

    Do zobaczenia nad morzem, już wkrótce znowu razem 😉

    ps. no i kilka zdjęć jeszcze: https://photos.app.goo.gl/6E8F8HM9zpd7t86P2

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *