Jestę Master Blenderę – Grant’s Event – Wydarzenia #16

Stało się. Kolejny etap w mojej karierze w branży alkoholowej zaliczony. Niczym Colin Scott, Brian Kinsman, czy Richard Paterson zostałem Master Blenderę. A wszystko dzięki zaproszeniu na event Grant’s Blending Session organizowanego przez Wiliam Grant & Sons poprowadzonego przez ambasadora marki – Mateusza Zabiegaja (posiadającego brodę, będącą obiektem mej wielkiej zazdrości) i senselierki – Marty Siembab (o nosie wartym grube baksy).

Muszę na wstępie przyznać, że było mi bardzo miło otrzymać zaproszenie i znaleźć się w znamienitym gronie przedstawicieli mediów. Znaczy się ktoś, gdzieś o nas słyszał. Zdziwiło mnie jednak, że na 18 osób biorących udział w jednej z sesji prowadzonych tego dnia, wśród zebranych znalazło się tylko trzech przedstawicieli płci męskiej. Szok. Szybko jednak wyjaśniło się, że motywem przewodnim imprezy poza zlewaniem alkoholu do butelek, były aromaty perfum, tworzonych na bazie spirytusu – new make. Hasło – Perfumy – sprawiło, że panie z poczytnych magazynów przybyły ochoczo i mogliśmy wymienić doświadczenia z naszych branż. Szybko z Mateuszem stwierdziliśmy, że ukazywało to doskonale ostatni trend laicyzacji tematu whisky, czemu przyklasnęliśmy. Dość sztucznego pompowania tematu ! Whisky dla ludzi ! Whisky dla mas! Whisky dla kobiet !

Przy okazji dowiedziałem się: kto z kim, czym, o której, gdzie pracuje i do której szkoły chodzą jego dzieci. Miła odmiana dla zwyczajowych rozmów jedynie w męskim gronie. Człowiek poszerza horyzonty.

Musze przyznać, że zaimponowała mi ciekawość zebranych, bo faktycznie z grupy padały pytania, kiwały się głowy, whisky była wąchana i zainteresowanie unosiło się w powietrzu. Niestety z rozmów wynikało, że spora ilość gości przybyła autami. Na ratunek przyszły buteleczki 200 ml, które po całym procesie edukacyjno-sensorycznym mogliśmy napełnić ulubioną mieszanką.

Mateusz odpowiadał za aspekty związane z whisky. Poznaliśmy historię marki Grant’s, jej podstawowe ekspresje, anegdoty dotyczące kluczowych momentów związanych z naszym ulubionym trunkiem w ostatnim stuleciu, szkockie regiony i oczywiście proces tworzenia butelkowanego złota.

Marta w przerwach opowiadała o technikach produkcji perfum, a także przygotowywała próbki różnych aromatów, na bazie których następnie mogliśmy stworzyć własną mieszankę. Biorąc pod uwagę, że żona przeżyła przygotowany przeze mnie prezent, wykład uznaję za pożyteczny.

Gdy zasiedliśmy przy bogato zastawionym stole, naszym oczom ukazały się 4 pękate butelki, tajemniczo opisane: Grain Whisky i Single Malt Whisky od 1 do 3. Dodatkowo pod bacznym okiem prowadzącego rozlewana była whisky stanowiąca już przygotowany blend torfowej whisky (trzy różne whisky w tym Laphroaig), która mimo wyraźnego ostrzeżenia, że nie wolno z nią przesadzać, bo jest bardzo wyrazista i może zdominować mieszankę, okazała się hitem i po chwili słychać było tylko “Gdzie jest ta torfowa?”.

Powiedzmy sobie szczerze. Grant’s na polskim rynku ma raczej opinię “taniej” whisky do colki. Opisywaliśmy kilka jej wersji na naszym blogu i wypadała hmmm powiedzmy średnio. Oczywiście wszystko zależy od gustu i tego, z czym zestawimy daną butelkę. Jednak mam do Grant’sa sentyment, bo była to pierwsza whisky po Glenfiddichu 12 Y.O., którą faktycznie starałem się rozgryźć, dłubiąc notatki, niuchając i degustując. Osobiście mogę stwierdzić, że faktycznie świetnie się sprawdza w drinkach dzięki lekkiemu i nienarzucającemu się charakterowi, który okazjonalnie potrafi pokazać pazur. Moją ulubioną edycją jest Grant’s Voyager, który, jak się dowiedziałem, zyskał taką popularność, że błyskawicznie skończyły się jego zapasy, natomiast chodzą słuchy, że ma pojawić się pod nową odsłoną. Do czego zmierzam?

Zobacz też: Grant’s NAS – Przegląd oferty firmy Grant’s – Degustacja #9

Biorąc pod uwagę trend gloryfikacji single malt nad grain whisky i oczywiście tymi “zlewkami” blendami, nie jest łatwo przekonać konsumenta do rajcowania się butelką za 60 zł. Jednak jeśli założymy, że tworzymy całość z porządnych składników, to nie może wyjść fiasko. Stworzony przeze mnie blend stał się hitem i planuję otworzyć własną linię produkcyjną. A wszystko dzięki konstruktywnej krytyce Mateusza.
Zebrani otrzymali propozycję przepisu na udany trunek. Dolej 15 ml tego i 5 ml tamtego i będzie gut. Gdybym mógł, pewnie zlałbym 200 ml tej torfowej mieszanki i byłbym happy, ale starałem się nie wychylać.

Impreza przebiegła w bardzo miłej atmosferze. Zebrani faktycznie do tematu podeszli poważnie, ale przystępność przekazu szybko rozluźniła klimat i stworzyła klimat do po prostu dobrej zabawy. Z ciekawostek dowiedziałem się, że choć niby kiedyś nabyłem beczkę whisky, to nie należy ona do mnie, bo podobno cały leżakowany alkohol stanowi własność królowej Elżbiety. Dopiero po opłaceniu cła, może powrócić do poprzedniego właściciela. Tego nie wiedziałem.

Zastanawiałem się też, czy nie zakupić sobie kiltu, bo nie mam co się wstydzić łydek. (Żona potwierdza)

Choć podobno nikt jeszcze na świecie nie wpadł na pomysł tworzenia perfum na bazie new make (aż trudno uwierzyć), to ja się pytam, czemu po prostu nie ma perfum Laphroaiga, Ardbega itd? Byłbym pierwszym klientem. Dysponuję już aktem małżeństwa, więc nie muszę się martwić o uwagę pozostałych przedstawicielek płci przeciwnej (Żona przyklaskuje), a aromat torfu zawsze wprawiałby mnie w dobry nastrój.

Uważam imprezę za bardzo udaną. Goście wychodzili z uśmiechami na twarzy. U mnie pojawiły się nawet rumieńce. Zakładam, że wynikały ze stężenia mojego megablendu, choć następne dni spędziłem kaszląc w łóżku, więc cholera wie.

Serdecznie dziękuję organizatorom za zaproszenie. Blend “Szach Malt” zajął jedno z najbardziej znamienitych miejsc w domowym barku. Bardzo przypadł mi do gustu sposób prezentacji, jaki przez lata wypracował sobie Mateusz. Widać w nim wielki profesjonalizm i pasję, co stanowi doskonałą kombinację. Temat perfum do tej pory tak bardzo mi obcy zaciekawił, choć przyznam, że największe wrażenie wywarł na mnie new make, na bazie którego były przygotowywane nasze mieszanki (do wyboru były dwa i oba z chęcią powitałbym w postaci pełnych butelek).

Na wychodne poczęstowałem się kanapeczką, wypiłem whisky sour z dżemikiem i z uśmiechem na twarzy pożegnałem się z organizatorami. Zdecydowanie uważam dzień za udany.

Autor:

Adam Kucharuk

Marika Wójcik-Kucharuk

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *