anCnoc Peter Arkle Limited Edition – Cegiełka z Łodzi – Degustacja 36#

(czyt. anok)

A więc… wybrałem się do Łodzi. Zachęciło? Podobno pierwsze zdanie powinno przyciągać czytelnika. Jak u Hitchcock. Bam ! i tylko więcej i więcej napięcia. No więc byłem w tej Łodzi i …byłem głodny.

Wieczorowa porą trafiłem do chińskiej knajpy. Na pierwszy rzut oka wyglądała bardzo przeciętnie, a na drugi chciało mi się wyjść. Jako, że z natury leniwy ze mnie człowiek, jak już usiadłem, to potrzebowałem silnych argumentów do wstania. Np. wojny, czy powodzi. Taka się nie pojawiła więc zamówiłem pierożki i z zainteresowanie obserwowałem personel lokalu. Rozmawiali ze sobą po chińsku, angielsku i polsku, ale widać było, że zrozumienie było na zapleczu i lepiło moje pierożki.
Z obawy przed mięsem z psa, czy gołębia, poprosiłem o kieliszek czegoś mocniejszego. W karcie znalazłem za 14 zł Loch Lomond. A niech będzie – pomyślałem. Moje bystre oko dojrzało jednak coś ciekawszego na półce. Daleko, za kasą fiskalną, osamotniona stała butelka anCnoc Peter Arkle Limited Edition – w wersji trzeciej – Bricks. Spytałem jaka jest cena tego cuda i usłyszałem, że przecież jest napisane 14 zł. Loch Lomond, czy anCnoc, co za różnica? 🙂 Poprosiłem więc o kieliszek, a dostałem pół szklanki do soku !!! Pani kelnerka miała dość dobry dzień, bo widać było, że na miejscu jest tylko ciałem, a myśli były bardzo daleko.
Oczywiście całości nie wypiłem, ale na odchodne spytałem na ile wycenia pozostałość tej butelki, bo nie mam w czym zabrać na drogę zawartości szklanki. Pani Stwierdziła, że skoro ta szklanka kosztowała 14 zł, a w butelce zostało 2/3 jeszcze, to może 30 zł? Musiałem bardzo się wysilać, aby nie popuścić i ze stoicką miną przystałem na jej propozycję. Po chwili butelka zmieniła właściciela, a pani kelnerka wsadziła 30 zł do kieszeni.

Dlaczego o tym piszę? BO TO DOBRA ANEGDOTA. A ja, jak bliscy znajomi wiedzą, bardzo je lubię. Zresztą w Łodzi nie byłem od prawie dziesięciu lat, kiedy to mogłem osobiście doświadczyć fenomenu pierwszej płyty Comy, więc znów coś miłego do wspominania.

A teraz coś o butelce.

anCnoc to destylarnia regionu Speyside. Jeszcze chwilę temu mogliście znać ją jako Knockdhu, ale ze względu na podobieństwo do innej nazwy tj. Knockando, w 1994 roku zmieniono markę na anCnoc. W języku gaelickim “ancnoc” oznacza “wzgórze”. Charakteryzuje się alkoholem delikatnym, o wysokiej jakości, łączącym często aromaty kwiatowe, owocowe z lekkim dymkiem, lub jak ktoś woli skórą. Do tej pory miałem okazję próbować wersji podstawowej, 12-letniej i przypadła mi do gustu, choć brakowało mi odrobiny więcej procentów.
Wersja Peter Arkle, jest wypustem limitowanym. Wypuszczana jest, jako whisky o mocy 46% ABV. Każda edycja cieszy oko ciekawymi grafikami, których autorem jest grafik, szkockiego pochodzenia Peter Arkle. Nie będę się rozwodził na temat jego twórczości, ale polecam załączony poniżej film, który wyjaśnia na czym polegała współpraca, jak wyglądała wizyta artysty w destylarni i, jaki cel przyświecał twórcom. Mnie osobiście pomysł się bardzo spodobał.

Wersja Bricks, czyli wypust trzeci trafiła na rynek kilka lat temu. Obecnie jej cena wynosi około 250 zł. Według producentów nie znajdziemy tu filtracji na zimno, czy dodatków kolorystycznych, ale w to drugie trudno mi uwierzyć. Żeby, nie było, że wciśnięto mi Grantsa w butelce anCnoc, szybko zorganizowałem sampelek z pewnego źródła i udało mi się porównać. Jedyne, co delikatnie wzbudziło moje początkowe podejrzenia, to wyczuwalne procenty. To znaczy, zupełnie ich nie ma. Albo jest tak ładnie przegryziona, albo chwilę już stała.

Oko:
Butelka o kształcie tradycyjnym, z etykietą wymalowaną w cegły. Wygląda ładnie i estetycznie. Przyciąga wzrok. Sam alkohol bursztynowy, miodowy.

Nos:
Zapach robi na mnie największe wrażenie. Zachęca dużą dozą owoców, łąki, kwiatów, wanilii, skórki cytrynowej i faktycznie delikatnym, skórzanym aromatem. Dość lekka, nie inwazyjna, bez nut bimbru, czy fuzlowego alkoholu.

Smak:
Bardzo łatwo pijalna. Jak wspomniałem wcześniej alkohol mało wyczuwalny, ale przyjemna w smaku i ze dwa pokłady głębi bym w niej znalazł. Przypomina mi trochę swoją świeżością Glenliveta, z dodatkowym poziomem posmaku sherry. Z pewnością nie jest to alkohol wiekowy.

Rozpływa się delikatnie po ustach i nigdzie nie poczułem dysonansów, czy negatywnych wrażeń. Po pierwszym łyku wiemy, że mamy do czynienia z single malt i to niezłej jakości. Znajdziemy w niej odrobinę cytrusów połączonych z wytrawną sherry, a także przyprawy do piernika i bardzo subtelną nutę, nawet nie dymu, ale właśnie skóry, czy derki.

Finisz:
Tu się pojawia problem. Jak, dla mnie to go nie ma. Trudno nawet nazwać go średnim. Przez sekundę czujemy skórkę cytrynową, sherry i wytrawną kwaskowatość i BAM, koniec.

Podsumowanie:
anCnoc Peter Arkle Limited Edition, to whisky warta spróbowania, ale nie spodziewajmy się fajerwerków. Bije na głowę większość butelek do 120-150 zł, ale 250 zł bym za nią nie dał. Zdecydowanie jest to pozycja dla fanów destylarni lub kolekcjonerów. Brakuje mi na języku odrobiny szczypania, ale pije się ją gładko i łatwo. Czy mi smakuje? Jak najbardziej, szczególnie, że jak się ostatnio przekonałem whisky, które cenię i oceniam wysoko, jak choćby Aberlour A’Bunadh, czy Springabnk 12 CS, są doskonałe podczas degustacji, ale już do picia po pracy zupełnie mi nie pasują. anCnoc w takiej formie sprawdza się doskonale i warto mieć tego typu butelkę w barku.

Autor:
Adam Kucharuk
Marika Wójcik-Kucharuk

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *