Whiskey w trzech aktach – Nashville Club, Wilcox, Lewis&Clark – Degustacja #35

Od razu mówię – Nie przepadam za bourbonem. To czemu to piszesz? Czemu układasz swoje negatywne nastawienie w puzzle recenzji, której koniec możemy przewidzieć? Dobre pytanie. Ciesze się, że czytasz ze zrozumieniem i śpieszę z wyjaśnieniem.

A więc… Jako człowiek światowy, intelektualista i humanista 🙂 twierdzę, że faktycznie nic, co ludzkie nie jest mi obce (cytując klasyka). Wyznaję zasadę, że należy otwierać się na nowe i nie zamykać w okowach obaw przed nieznanym. Poza tym bourbon to prawie whisky, whisky lubię – ergo, może warto? Może też po prostu dzięki Tudor House otrzymałem trzy sampelki za free i wypadałoby przez grzeczność się wypowiedzieć. Wybierzcie, które wam pasuje.

No dobra, może nie tak do końca nie przepadam, ale zazwyczaj traktowałem bourbon, jako ubogiego krewnego szkockich delicji. Każdy zazwyczaj smakuje podobnie. Słodycz kukurydzy przyprawia mnie o mdłości, a jak dodasz coli, to glukometr wariuje. Taki wkład do drineczka podczas imprezy. Dopiero po zapoznaniu się z lekturą Jarosława Urbana – “Bourbon i inne whiskey Ameryki” spojrzałem na ten trunek z większym szacunkiem. Tam faktycznie jest jakieś tło historyczne i olbrzymia praca ludzkich rąk. To, że zazwyczaj w naszym kraju kojarzy się z tańszym alkoholem, nie powinno warunkować podejścia do całości. Podczas kilku festiwali whisky można sięgnąć po te lepsiejsze butelki i wtedy robi się przyjemnie. Może nie tak, jak na Islay, ale na tyle dobrze, aby dać mu ponowną szansę.

Nie będę się rozpisywał na temat historii bourbonów, ale warto wspomnieć, że tak naprawdę jest to whisky (czyli alkohol wydestylowany z piwa), z tą różnicą, że powinien zawierać w zacierze min. 51% kukurydzy. To ona właśnie nadaje mu słodkawego posmaku, a przeróżne wariacje wymyślane za wielką wodą powodują, że mamy wiele rodzajów bourbona. Czemu kukurydza? Tak, jak w naszym kraju mieliśmy pod dostatkiem ziemniaków i żyta, w Szkocji dominowały uprawy jęczmienia, tak w Ameryce królowało złoto w kolbach. Reszta poszła już gładko. Żeby oddzielić whisky, która zazwyczaj kojarzy się ze scotch whisky, produkty amerykańskie nazywano whiskey. Nazwa bourbon, pochodzi od hrabstwa Bourbon, gdzie wysoka jakość produkcji wyznaczyła nowe standardy przed laty. Poza wspomnianą zawartością kukurydzy, aby whiskey stało się bourbonem powinno leżakować w nowych, dębowych beczkach przez minimum 2 lata. Jeśli więc widzicie na etykiecie “Double Matured”, to nie jest to powód do wielkiej fety, bo pewnie to zaledwie 4 lata. Tak panie Jim Beamie, nas nie oszukasz.

No dobra, a co z Jackiem Danielsem? Czy to bourbon, czy Tennessee whiskey? Ano jedno i drugie. Największy przyjaciel coli spełnia wymagania definicji pierwszego (51% kuk + maturacja w beczkach przez 2 lata), ale ponieważ stosowana jest także metoda filtracji przez klonowy węgiel, otrzymujemy coś nowego, co wymaga nowej identyfikacji na rynku.

Dziś w tajnej siedzibie Szach Malt pojawiły się kieliszki wypełnione trzeba produktami amerykańskiego rzemiosła. Wszystkie o zawartości alkoholu na poziomie 40%, słomkowym kolorze i zachęcającym zapachu. Nie bardzo mogę odnieść się do nich pod kątem ceny, dostępności i wcześniejszych opinii, bo internet nie bardzo dysponuje takimi informacjami. Domyślam się, że produkty są dość nowe lub bardziej niszowe, niż się spodziewałem.
Wspomnieć jeszcze warto, że Nashville Club i Wilcox opisano, jako Bourbon whiskey, a Lewis&Clark – American whiskey, co podpowiada, że ostatni może nie mieć w swoim składzie wymaganych 51% kukurydzy, ani też leżakować w beczkach wymaganych 2 lat. Jestem zaintrygowany.

Lewis & Clark:

Nos: W nosie bardzo młody alkohol. O dziwo nie pachnie klonowo, jak standardowy bourbon. Jest słodko, ale też bardzo delikatnie. Mocno wyczuwalna trawa cytrynowa.

Smak: Wykrzywia ryja. Bez wzniosłych porównań smakuje, jak kiepskiej jakości bimber, wytrawny i zupełnie nie przegryziony. Z trudem dopiłem. Fuzle, wszędzie fuzle.

Wilcox:

Nos: Zapach bourbonowaty, słodki, kukurydziany, lekko ziołowy, rześki. Kojarzy mi się ze skórką pomelo.

Smak: Bardzo słodko, deserowo, wręcz woda z miodem. Procenty mało wyczuwalne. Na środku języka słodko, ale po bokach smak kwaśny i wytrawny. Niestety, nic ciekawego.

Nashville Club:

Nos: Znów bourbonowaty zapach: słodki, miodowy, ale jakby z nutą skórki pomarańczowej i trawy cytrynowej.

Smak: Na ustach kwaśno i cierpko. Zupełnie nie mój smak. Zapach zdecydowanie bardziej zachęcał do konsumpcji. Smak rozczarowuje. Wyczuwalne nuty soli, jakbym przegryzł kostkę rosołową.

Podsumowanie:
Z przykrością muszę stwierdzić, że mimo najszczerszych chęci degustowane odsłony amerykańskiego fachu zupełnie mnie do siebie nie przekonały, a wręcz lekko zniechęciły. Zdecydowanie zapach w każdym z trzech przypadków zapowiadał więcej, niż oferował smak. Zastanawiam się wręcz, czy Tudor House nie sprawdza moich kubeczków smakowych, podmieniając zawartość sampli na inną berbeluchę. A może część z nas stała się pośrednimi testerami butelek, które mogłyby się pojawić w ofercie sklepów Ballantine’s? Jeśli tak, to z czystym sumieniem dziękuję, ale ja klientem docelowym nie będę. Za to polecam się na przyszłość, jeśli chodzi o degustacje 🙂 Podejrzewam, że nawet do drinków zdecydowałbym się na jakiś banał z Biedronki, czy Lidla. Kończę na dziś i idę przepłukać usta mydłem.

Autor:
Adam Kucharuk

Marika Wójcik-Kucharuk

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *