Laphroaig PX Cask – Wreszcie Laphroaig “do picia” – Degustacja #34

Zazwyczaj piszemy o whisky, smakowanej wcześniej podczas degustacji. Wiąże się z tym odpowiedni klimat, ceremonia i przede wszystkim alkohol wart poświęconego mu czasu. Powinien on wykazywać choć trochę głębi i wielopoziomowości, aby faktycznie móc tam coś znaleźć. Coś, co zatrzyma nas na dłużej przy kieliszku.

Co jednak, gdy poszukujemy whisky, aby uprzyjemniła nam wieczór, ale bez tak zwanej spiny. Nadal pragniemy walorów smakowych i nie chcemy zadowolić się byle czym. Nie koniecznie jednak chcemy zbyt długo siedzieć z nosem w kieliszku i zastanawiać się nad gloryfikacją zajebistości danej destylarni. Chcemy czegoś mniamciu. Wtedy warto sięgnąć po whisky „do picia”. Nie mylić z whisky „do nawalenia się”. Tej kategorii nie wspieram za bardzo, a czasy Jack’a z colą, czy czerwonego Jasia z czymkolwiek schowaliśmy głęboko w otchłaniach pamięci.
Chodzi mi o taką kategorię whisky, która cieszy podniebienie, a jednocześnie nie blokuje dłoni przy kolejnym sięgnięciu po kieliszek. Bądźmy szczerzy. Ile kieliszków ciężkiego potwora z Islay można wypić? Z drugiej strony dysponując cenną butelką, nie tak chętnie będziemy obniżali w niej poziom złotego trunku.

Ostatnio taki właśnie dylemat objawił się w redakcji Szach Malt. Wreszcie pojawiło się słoneczko, można spędzić miło wieczór, kieliszek gotowy, ale co do niego wlać, żeby z jednej strony nie wykręcało ryja, a z drugiej, żeby nie mieć wyrzutów sumienia, że dostatecznie dużo uwagi mu się nie poświęciło? Butelki poszły w ruch. Najpierw przetestowaliśmy Springbanka 12 CS, ale wydał się za mocny do spokojnego sączenia. Potem sięgnęliśmy po Ardbega 10 Y.O., ale pokłady torfu skutecznie zblokowały kubeczki smakowe. Aberlour A’Bunadh to mistrzostwo samo w sobie, jednak raczej na powolną, elegancką degustację. I gdy już powoli traciliśmy nadzieję, a nie chcieliśmy zniżać się do poziomu Glenfiddicha 12 Y.O. (w góry przepraszam fanów, ale serio… czym tu się zachwycać), otworzyliśmy Laphroaiga PX Cask i to był strzał w dziesiątkę.

Sprawdź: też Ardbeg 10 Y.O.

Sprawdź też: Springbank 12 Y.O. CS

Kilka razy podkreślałem, że kręci nas torf, jak śmigło w samolocie. Czy będzie to dym z ogniska, wędzona ryba, morskie wodorosty, (ostatnio popularna w mediach) końska derka, podkłady kolejowe, czy zbutwiałe drewno – lajkujemy to oboma kciukami. Problem w tym, że tak, jak to było w przypadku wyżej wspomnianego Ardbega, ciężko jest go pić dla picia. Z Laphroaigiem zazwyczaj było podobnie, aż odkryliśmy to cudeńko z sieci Travel Retail.

Litrowa butelka musiała swoje odczekać, bo po prostu nie było okazji. Przyznaję, że nie spodziewałem się po niej dużo. Ostatnio głośno się mówi/pisze o sztuce finishowania whisky, ale zazwyczaj wychodzi z tego wielkie G. Marketing robi swoje i butelki znikają z półek, ale czy faktycznie do nich wracamy? Kto kupił drugi raz Glenfiddicha Apę ręka do góry ! No właśnie.
Z drugiej strony lubię zielonego potwora z Islay. Podstawowa 10-latka jest w bardzo przystępnej cenie i mimo 40% oferuje całkiem sporo. Lepiej wypadają już tylko starsze roczniki. Ciekawość wzięła więc górę i otworzyliśmy PXa, a w środku…

Oko:
Zielona butelka, słomkowy kolor i… nic wyjątkowego. Miałem nadzieję na większy wpływ beczek po sherry, a do tego niestety podobno znajdziemy tu troszkę farbki karmelowej. Jak żyć?

Nos:
O M G. Tu dopiero zaczyna się zabawa. Spodziewałem się uderzenia alkoholu (w końcu to 48% ABV), a tu nic. Za to przyjemnie powitały nas maliny, czereśnie i konfitura truskawkowa, serwowane na pikniku w gęstym lesie. Od razu czuć, że jest to wypust ze stajni Laphroaiga, ale tak bardzo charakterystyczne, medyczne klimaty uległy przemianie. Jest bardziej zielono, ziołowo, delikatnie. To nadal ten sam dobry Laphroaig, ale jakby dojrzalszy i „do picia”. Szpital dostał dofinansowanie, uległ prywatyzacji, podpisał kontrakt z NFZ i wreszcie stał się miejscem dla ludzi. Nawet znajdzie się z jedna umowa o pracę. A co !

Smak:
W ustach (nie w sutach, jak poprawia mi Word) jest pięknie. Ponownie maliny, truskawki i wiśnie, odrobinę cytrusowej kwaskowatości, spora doza świeżości, dębina, rodzynki i dymek z jodyną. Ponownie mimo 48%, alkohol praktycznie nie wyczuwalny. Wchodzi gładko, bez problemu przelewa się przez usta i ląduje w przełyku. Co najważniejsze – chce się sięgnąć po jeszcze. Korciło mnie nawet, czy nie spróbować z kostką lodu (dewiacja pełną gębą), bo ta potrójnie „maturowana” cholera kojarzy mi się z pysznym, wakacyjnym drinkiem. Nie znajdziemy tu wielkich pokładów głębi, trzeciego i dziesiątego poziomu smaku, a także bram do świata Narnii. Czy mi to przeszkadza? Zupełnie nie. Dla poszukujących znajdzie się sporo ciekawostek, ale nie będzie przytłaczała ich ciężka chmura wyrzutów sumienia i karcącego spojrzenia kolegów znad kieliszka. Piłem i miałem z tego przyjemność.

Finish:
Średni, owocowo-dymny. Przyjemny.

Podsumowanie:
Nie zrozumcie mnie źle, Laphroaig PX Cask nazywam whisky „do picia” ale i zapaleni degustatorzy znajdą coś dla siebie. Porównując ją jednak do wersji 15-letniej widzę dyskotekę z lat 90-tych, a nie wytworny balet. Na balecie byłem raz w życiu, a na euro dance pójdę zawsze i nie oderwiecie mnie od parkietu. Pewnie kwestia okazji i nastroju, ale szczerze mówiąc dawno whisky mi tak nie smakowała. Mamy tu do czynienia z trzema rodzajami beczek: ex-bourbon, quarter cask i wreszcie ex-sherry PX i widać, że efekt końcowy był przemyślanym zabiegiem master blendera. Powstała zupełnie nowa odsłona szpitalnego Laphoraiga i dzięki niech będą niebiosom. Za cenę ok. 300 zł otrzymujemy litr czystej, wakacyjnej przyjemności. Gdybym teraz apdejtował zeszłoroczny artykuł z magazynu Aqua Vitae o summer dramach, zdecydowanie PX Cask trafiłby na listę – Aqua Vitae 4/2016: “Summer Dram.

Autor:
Adam Kucharuk
Marika Wójcik-Kucharuk

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *