Springbank 12 Y.O. Cask Strength – Dobrze rozpoczęty Nowy Rok – Degustacja #28

Po whisky z destylarni Springbank sięgnąłem pierwszy raz podczas podróży na Islay. Tuż przed promem na wyspę, zatrzymaliśmy się u niejakiego Jamesa – właściciela sklepu West Coast Whisky, który wita odwiedzających dramami porządnych trunków. Na dębowej beczce stało kilka butelek, między innymi Springbank, Glen Scotia, Laphroaig. Wtedy dane mi było spróbować walorów regionu Campbeltown, gdzie z około trzydziestu destylarni obecnie ostały się jedynie trzy. Był zimny poranek, pogoda nie rozpieszczała, a prom zawiódł, jednak ten jeden kieliszeczek sprawił, że krew zaczęła szybciej krążyć w żyłach, a ja zyskałem nowego kolegę w pasji.

Destylarnia Springbank produkuje whisky (podobnie jak Bruichladdich) pod trzema nazwami, różniąc się procesem produkcji i ilością fenoli w słodowanym jęczmieniu. Springbank (12-15 PPM), to oczywiście ich podstawowy wypust. Reprezentowany jest przez wersje 10, 15 i 18 letnie, a także degustowaną 12-stkę w sile beczki i limitowane edycje 21 i 25 letnie. Poddany jest podwójnej i pół destylacji, co stanowi nie lada ciekawostkę w świecie podwójnych i potrójnych destylacji. Część destylatu po pierwszej obróbce, łączona jest z tą z drugiej destylacji i trafia do trzeciego alembika. Proporcje się różnią, ale sama metodologia pozostała niezmienna. Longrow destylowany jest dwukrotnie, a poziom fenoli wynosi ok. 50-55 PPM. Znajdziemy tu np. wersję NAS, czy 18-stkę. Hazelburn (wersje 8, 10 i 12 letnie, a także NAS) to zupełnie nietorfowa whisky, która dla dodatkowej delikatności alkoholu destylowana jest trzykrotnie.

Sama destylarnia legalnie zaczęła swoją działalność w 1828 roku. Szybko stała się synonimem wysokiej jakość, zakupy robił tu nawet pan Johnnie Walker. Silny, torfowy posmak destylatu stał się niezbędnym składnikiem popularnych ówcześnie blendów. Złote lata Campeltown musiały jednak kiedyś minąć. Po cześć podobno było to związane z pogarszającym się poziomem tutejszych wyrobów, z wyczerpującymi się złożami węgla, niezbędnymi do suszenia jęczmienia, a także czynnikami społecznymi i pierwszą wojną światową. Do tej pory jest to jedna, z niewielu destylarni, których losy związane są z jedną rodziną, w tym wypadku Mitchellów.

Sprinkbank 12 Y.O. CS kupiłem kilka miesięcy temu, korzystając z promocji w M&P Alkohole. Jej obecna cena to ok. 300 zł, ale przy dobrej woli sprzedawcy da się znaleźć ciut taniej. Postanowiłem otworzyć ją świętując odejście 2016 roku i przyznam, że się nie zawiodłem.

Oko:
Kolor słomkowy, wygląda na second fill sherry cask. Opakowanie ładne – karton z wyciętym oknem. Brak dodatków koloryzujących, czy filtracji na zimno.

Nos:
W nosie delikatny dymek miesza się z miodem i owocami. Od razu czuć, że będzie się tu sporo działo. Zdecydowanie jest to whisky o kilku wymiarach. Znajdziemy tu odrobinę solanki, skoszone latem siano, śliwki, orzechy i lakier do paznokci.

Smak:
Uuuuu, 56,3% ABV gryzie w język. Normalnie nie mam nic przeciwko sile beczki, ale tutaj postanowiłem zrobić wyjątek i dodać ciut wody. Alkohol jest dość agresywny, ale jednocześnie doskonale skomponowany i przematurowany (sherry 40% first fill hogshead i 60% second fill butts). Wytrawność sherry w połączeniu z nutą soli początkowo pogłębiają poczucie dezorientacji. Po pierwsze tej whisky trzeba dać pooddychać. Kilka chwil powoduje, że łagodnieje i się otwiera. Po drugie, jak wspomniałem kropla wody nie zaszkodzi. Ułatwi to dalszą degustację i przebicie się przez sporą dawkę procentów. Początkowo odkryjemy pokłady winnej słodyczy, herbacianej cierpkości, ciemnej czekolady, przypalonego, świątecznego ciasta, cytrusów i imbirowych ciastek. Po chwili znajdziemy tu też pokłady suszonych owoców, które z czasem nabierają świeżości.
Usiadłem do niej kilka razy i za każdym odkrywałem coś nowego. To niezwykle bogaty alkohol. Wydaje się zahaczać, o każdy region Szkocji, ze szczególnym uwzględnieniem Highlands.

Finisz:
Morskie powietrze, wygasłe ognisko, wodorosty, sherry i miód.

Podsumowanie:
Springbank 12 Y.O. Cask Strenght był dla mnie sporym odkryciem. To naprawdę dobra whisky, o wielu wymiarach i podlegająca ciągłym przemianom. Bardzo szybko destylarnia powędrowała w górę na mojej liście ulubionych. Zdecydowanie warta swojej ceny. Podejdźmy jednak do niej z szacunkiem. To nie jest whisky do picia na shoty. Wymaga odrobiny ciszy, czasu i cierpliwości, ale nagradza niezwykłymi doznaniami. Odrobinę przypomina mi Aberlour A’Bunadh, ale przewyższa ją skomplikowaniem i zawiłością niuansów, zarówno zapachowych, jak i smakowych. O jakości wspominałem, ale warto powtórzyć: siła beczki 56,3%, brak koloryzacji, brak filtracji na zimno i oznaczenie wieku, a do tego beczki po sherry first i second fill. Czego chcieć więcej? W tej cenie nie przychodzi mi nic do głowy. Jeśli poszukujecie czegoś, czym warto rozpocząć nowy rok, zdecydowanie polecam Springbanka. Doskonała whisky dla osób, które odkryły w sobie pasję do whisky i chcą pójść krok dalej.

Autor:
Adam Kucharuk
Marika Wójcik-Kucharuk

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *