Adelphi’s Liddesdale Bunnahabhain 21 Y.O. – Czekoladowe fondue – Degustacja #26

Święta tuż – tuż, więc postanowiłem ruszyć się z domu i kupić kilka drobiazgów. A to trzeba było zaopatrzyć się w światełka na choinkę, a to dokupić kilka znaczków na kartki pocztowe. Nagle, zupełnie niespodziewanie, znalazłem się w sklepie sieci Ballantine’s na Vogla, więc postanowiłem skorzystać z okazji i ponownie nacieszyć wzrok pięknymi okazami od Adelphi. Zupełnie nie planowałem kupna. Serio. Ale… jakoś… tak wyszło. Jak jeszcze dowiedziałem się, że ten egzemplarz 21-letniego Bunnahabhain czekał właśnie na mnie, a cena jest bardziej niż korzystna, nie było wyjścia. Moje mocne postanowienie zakupowej-whisky-abstynencji musiało wtedy przysnąć. Jego wina, nie moja. Wy natomiast, którzy jeszcze nie wiecie, czym grożą niby drobne, świąteczne zakupy, możecie się czuć ostrzeżeni. Nawet nie mogę powiedzieć, że żałuję !!!

O samej Adelphi pisałem przy okazji degustacji wersji blended scotch whisky:

Adelphi Blended Scotch Whisky – Najlepszy blend jaki piłem? – Degustacja #24

Poza tym rozpisywałem się o stoisku Adelphi w relacji z ostatniego Whisky Live Warsaw, więc tym razem nie będę zanudzać, że było to NAJLEPSZE stoisko festiwalu i ilekroć wspominam ten weekend, Adelphi wywołuje szybsze bicie serca…
Właściwie każdy wypust od Adelphi degustowany podczas WLW przypadł mi do gustu. Stała za nim solidna jakość, a z nią trudno polemizować. Moimi ulubionymi chyba jednak były: 19-letni Clynelish, 13-letnia Caol Ila i degustowany dziś 21-letni Bunnahabhain. Ten ostatni szczególnie został przez naszą trójkę festiwalowiczów zapamiętany, gdyż zależało nam na spróbowaniu starszej whisky z tej właśnie destylarni. Ponieważ nie była dostępna oficjalna wersja 25-letnia (na którą liczyliśmy), a 18-letnia była płatna, to z zachwytem raczyliśmy się wersją Adelphi, której dram mieścił się w cenie biletu. Przyznaję, że gdyby nie dotychczasowa cena w granicy ok. 670 zł, Bunny znalazłby się już dawno w mojej składnicy procentów. Często jednak uprzejmość pań prowadzących sklep na Vogla sprawia, że dotychczasowe bariery znikają i argumenty przeciwko zakupowi ulatniają się niczym podatek dla aniołów. Dlatego zachęcam do odwiedzenia lokalu i zapoznania się z ich ofertą.

Moja butelka to Batch 10. Jest jedną z 1011 butelek z tej linii kastrowanych do 46% ABV. Nie znajdziemy tu dodatków koloryzujących, ani filtracji na zimno. Bardzo cenię sobie whisky w wersjach CS, ale 46% ABV to moja ulubiona zawartość procentów. Pozwala doskonale wczuć się w alkohol, bez konieczności dodawania wody, krzywienia się i bonusów w postaci spalonego języka. Wspomniana wartość procentowa pozawala też na niestosowanie filtracji na zimno, za czym nie przepadamy. Po co psuć coś, co już jest dobre, osłabiając walory zapachowe i smakowe?

Jeszcze kilka lat temu wersja Liddesdale, była tajemniczą whisky, bez określenia, jaki destylat skrywa w środku. Zdarzały się także Batche o mniejszych stężeniach np. 40% ABV.

Do produkcji użyto alkoholu z destylarni Bunnahabhain, który leżakował w beczkach refill przez ponad 21 lat. Jest to wiek, który zdecydowanie wpływa na bogactwo whisky. Tym bardziej byłem ciekaw moich spostrzeżeń po 2 miesiącach od ostatniej degustacji.

Oko:
Butelka prosta, opakowanie schludne, brak tu szczególnych udziwnień. Etykieta wskazuje na pochodzenie whisky z regionu Islay, jednak aby dostrzec, że chodzi o Bunnahabhain, trzeba wytężyć wzrok. Alkohol bladozłoty, co raczej wskazuje na trzecie napełnienie beczek.

Nos:
W nosie jest pięknie (wiem, dziwne zdanie). Spodziewałem się dużej dozy słodyczy, miodu, świątecznego suszu, przypraw korzennych, ciastek maślanych i wszystkiego, czym zazwyczaj szczyci się Bunny. Nie zawiodłem się, ale zdziwiła mnie dodatkowa wytrawność alkoholu i elementy winne. Równoważą one diabetyczną bombę, dzięki czemu destylat nabrał dodatkowego wymiaru. Do tego dochodzi też odrobina akcentów kwiatowych i sporo dębiny, która jednak nie przytłacza, ale miło komponuje się z całością.

Smak:
W ustach gęsto. Whisky przypomina syrop, który delikatnie oblepia język. Początkowo przebija się bogata słodycz, a alkohol ścina powierzchnię języka. Po chwili pojawiają się nuty czekoladowe, migdałów, rodzynek, nugatu, suszonych śliwek, wyczuwana wcześniej kwasowość objawia się w postaci grejpfruta i ananasa. To ciekawa i głęboka whisky. Znajdziemy tu też smaki creme brulee, orzechów, pieczonych jabłek, cynamonu, a nawet truskawek. Zdecydowanie czuć tu korzenie Bunnahabhain, ale miło powita nas także zaskakująca świeżość tropikalnych owoców, obleczonych kakaową polewą. Przypomina mi czekoladowe fondue, w którym zatapiamy rożne kawałki owoców, połączone ze smakiem spieczonej skórki chleba.

Finisz:
Średni w kierunku długiego. Przyjemny i nieprzytłaczający.

Podsumowanie:
Nie jest to najlepsza whisky, jaką piłem… ale zdecydowanie plasuje się wysoko. Odnalazłem tu kilka poziomów, które tworzą wyrazistą głębię i budzą szacunek. 21 lat to już nie przelewki. To porządna whisky, która zdecydowanie zachwyci podczas zbliżających się świąt. Dla fanów Bunny – pozycja obowiązkowa. Odrobina winności przełamuje nudną słodycz, ale nie wymaga dawki Ranigastu. Zdecydowanie jest to whisky degustacyjna. Jeden – dwa dramy i odkładam ją do snu. Do picia sprawdzi się lepiej wspomniany blend od Adelphi. Ta 21-latka wymaga etykiety i kultury od swojego degustatora.
Jeśli chodzi o stosunek ceny do jakości, to trzeba spojrzeć na to obiektywnie. Wersja 18 letnia warta jest ok 450 zł. Czy za dodatkowe trzy lata w baczkach dopłaciłbym dwieście złotych? Nie jestem przekonany. Pewnie sięgnąłbym po jakiegoś Kavalana z serii Solist. Jednak już przy niewielkiej zniżce z czystym sumieniem mogę polecić ją, jako doskonałą whisky na zimowe wieczory. Dla fanów Islay – nie do przegapienia.

A jeśli spodobała Ci się recenzja, dzielisz nasza pasję, lub po prostu nie masz co zrobić z palcami, to każdy komentarz, czy “lajk” jest na wagę złota 🙂 Click IT !!!

Autor:
Adam Kucharuk
Marika Wójcik-Kucharuk

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *