Johnnie Walker Blender’s Batch Red Rye Finish – Johnnie, ach ten Johnnie – Degustacja #23

Do produktów z serii Johnnie Walker podchodzę raczej z dystansem. Red Label to porażka. Niby stała się sztandarowym produktem Diageo przy tworzeniu koktajli, ale z czym by jej nie połączyć, i tak przebija się ostry, nieokrzesany alkohol i … nic więcej. Na czysto jest niepijalna. Blue Label, który stanowi przykład segmentu premium i wychwalany jest pod niebiosa, także mi nie imponuje. Zbyt niski procent i za mało wyraźny smak zupełnie nie tłumaczą ceny powyżej 700 zł. Dlatego do wersji Red Rye także podszedłem bez entuzjazmu. Troszkę zachęciła mnie butelka, a trochę zrozumienie potrzeby istnienia alkoholi nawet złych pod kątem degustacyjnym, ale niezbędnych dla barmańskiego fachu.

picmonkey-collage

Zanim jednak przejdę do degustacji, chciałem wspomnieć o jednym niezwykle ważnym fakcie związanym z Red Rye, czymś, co do tej pory mnie lekko bulwersuje i spowodowało, że do niektórych sklepów raczej już nie wrócę. Bardzo sobie cenię niektóre specjalistyczne sklepy z luksusowymi trunkami. Choć często zanim tam coś kupię, czekam na wyjątkową promocję, to rozumiem sens ich istnienia i kibicuję im z całego serca. Rozumiem także, że nigdy pojedynczy sklep nie uzyska takiej ceny hurtowej, jak wielka sieciówka, czy supermarket. Dlatego nie ma problemu, gdy widzę odrobinę wyśrubowaną marżę. Jeśli obsługa jest miła, a ja czuję się dopieszczony, to o 10-15% większa cena nie ma dla mnie znaczenia. Ba, przeżyję nawet 20%, jeśli kolejnym razem mogę liczyć na równie dobry klimat. Swoją butelkę Red Rye kupiłem w Tesco za 64 zł. Ta sama butelka w Auchan kosztowała już 74 zł. Gdy jednak widzę, że w specjalistycznym sklepie jej cena wynosi 130 zł, to uważam to za świństwo. Bądźmy szczerzy, do takich sklepów przychodzą głównie stali klienci. Jeśli tak traktuje się stałych klientów, to ja podziękuję za zniżkę, kartę klubową, paszport Polsatu, czy inne bzdury, które i tak wiemy, że niewiele znaczą. Mam wrażenie, że nie prowadzi to na dłuższą metę do sukcesu, a przynajmniej ja, jako stały klient, właśnie przestałem nim być.

Wracając do tematu…
Johnnie Walker Blender’s Batch Red Rye Finish to połączenie głębi i subtelności szkockiej whisky z delikatnością i słodyczą whiskey amerykańskiej” – głosi etykieta. Słodycz znalazłem, ale głębi – za cholerę. Choć szukałem i szukałem, to gdzieś mi umknęła. Może moja butelka była trefna.
Red Rye to pierwsza z ogłoszonej nie tak dawno smakowej serii whisky od Jasia pod nazwą Blender’s Batch. Podobno specjaliści, z master blenderem Jimem Beveridge na czele, w ostatnim czasie przeprowadzili wiele eksperymentów, próbując wydobyć różne charakterystyczne tony z alkoholu. Efekty kolejnych mamy poznać niebawem. Co ciekawe, twórcy spostrzegli chyba sukcesy świętowane przez niezależnych blednerów, którzy przedkładali jakość nad ilość. W rezultacie Red Rye powstał z jedynie czterech destylatów: trzech grain whisky (w tym z zamkniętej już destylarni Port Dundas) i single malt whisky – Cardhu. Całość maturowana była w beczkach po bourbonie, a następnie finiszowana w beczkach po amerykańskiej, żytniej whisky (stąd Rye). Miało to zapewnić alkoholowi łagodny i lekki charakter. Osobiście nie spotkałem się z grain whisky, która byłaby ciężka i bardzo gryząca, więc gdy widzę, że w skład weszło ich aż trzy w stosunku do jednej single malt, to nie wiem jak silny wpływ miał tak naprawdę ten finisz. Zastanawiam się także nad chwytem marketingowym w postaci “zamkniętej destylarni” – Port Dundas. Zamknięcie Port Ellen spowodowało wywindowanie jej cen w kosmos. Ciekaw jestem, czy wspomnienie o podobnie brzmiącej i tak samo nieczynnej gorzelni, nie ma na celu zachęcenia do zakupu laika, który już gdzieś cośtam słyszał o whisky, ale nie potrafi sobie przypomnieć o co dokładnie chodziło.

dsc_6713

Red Rye Finish, to whisky o mocy 40%, które, biorąc pod uwagę cel jej powstania (zdecydowanie nie degustacyjny), jakoś nie rozczarowują. Oczywiście znajdziemy tu dodatki koloryzujące oraz filtrację na zimno, natomiast nie jest tak źle, jak by się można było tego spodziewać, biorąc pod uwagę, że cenowo powinna być zbliżona do Red Label.

Oko:
Kolor bursztynowy, niestety sztuczny. Butelka ładna, rzuca się w oczy na tle wcześniejszych wypustów.

Nos:
Bardzo świeżo, owocowo, lekko i bez wyraźnej głębi. Czuć żurawinę, drożdżowe ciasto, miód, płatki śniadaniowe, babeczki i alkohol. Wydaje się dość płaska, ale o dziwo nie odrzuca.

Smak:
W smaku szykowałem się na potrzebę natychmiastowego przepłukania ust, ale nie jest tak źle. Przypomina mi trochę Singleton Spey Cascade, ale jest w niej jakaś sztuczność i pikantność alkoholu. Mam wrażenie, jakby dodano do whisky soku malinowego. Ta słodycz czerwonych owoców jest tak intensywna, że nie spodziewałbym się jej zastać w whisky za tę cenę. W ustach nadal płasko i bardzo jednowymiarowo. Owocowa słodycz, kwiat róży, karmel, cynamon, dębina i posmak babeczek. Na końcu pojawia się kwaśna winność. Tak, jak Red Label nie tknąłbym ponownie na czysto, tak Red Rye Finish wydaje się przyjemnie pijalna, szczególnie biorąc pod uwagę przedział cenowy, w jakim występuje. Na tle butelek w tej cenie, będzie się wyróżniała. W strefie alkoholu powyżej 100 zł – oczywiście blednie.

Finisz:
Bardzo krótki. Już zapomniałem, co piłem.

Podsumowanie:
Johnnie Walker Blender’s Batch Red Rye Finish to zadziwiająca whisky. Nie spotkałem się z tak intensywną owocową słodyczą u konkurencji. Pamiętając, że została stworzona głównie do drinków (Rob Roy), miło jest móc bez nieprzyjemnych odruchów i wykręcania ryja spróbować jej na czysto. Za tę cenę, wydaje się być idealną whisky na imprezy. Zwraca uwagę zarówno opakowaniem, jak i zawartością. Podoba mi się także podejście producenta do tematu. Walczy o klienta, tworząc coraz to nowe marketingowe opowieści i widać, że nie jest to robione na kolanie, ale w sposób przemyślany i spójny. Z drugiej strony – nie oszukujmy się. Nie jest to whisky degustacyjna. Brak jej głębi, jest płaska i poza słodyczą nie oferuje nic nadzwyczajnego. Do tej pory w mojej ocenie godna uwagi część portfolio Jasia zaczynała się na Double Black, a kończyła na Green Label. Red Rye Finish wnosi powiew świeżości w docelowym segmencie, choć koneser i tak ominie ją szerokim łukiem.

picmonkey-collage

Autor:
Adam Kucharuk
Marika Wójcik-Kucharuk

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *