Glen Scotia Double Cask – Chili dobra whisky – Degustacja #22

(czyt. glen skołszia)

dsc_6653

Podczas naszej ostatniej wyprawy do szkockiej stolicy torfu – wyspy Islay, głód i wydłużające się oczekiwanie na prom zmusiły nas do spędzenia kilku chwil w uroczym miasteczku Tarbet. Deszcz siąpił, w brzuchach burczało, a szok pourazowy wywołany przejechaniem ponad stu mil lewą stroną jezdni przyprawiał o ból głowy. Wszystko to jednak ustąpiło, gdy przekroczyłem próg królestwa niejakiego Jamesa Hamiltona tj. sklepu West Coast Whisky. Po wymianie kilku zdań czułem się, jakbyśmy się znali od lat, tym śmielej podszedłem do stojącej na środku pomieszczenia beczki, na której stłoczone stały odpieczętowane już butelki. Spytałem “how much for a dram”. a James tylko się uśmiechnął i zaczął nalewać. Czemu o tym piszę? Jedną z butelek była Glen Scotia i choć wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem, miała ona na długo zapaść mi w pamięć.

Tak się też złożyło, że firma M&P Alkohole przygotowała ostatnio ciekawą promocję. Otóż dla posiadaczy “magicznej” książeczki przygotowano specjalne ceny pofestiwalowe (najpierw po Ogólnopolskim Salonie Win i Alkoholi, a następnie po WLW 2016). Gdy nasz drogi Sebastian wycyganił jedną sztukę podczas WLW 2016, najpierw postukałem się tylko w czoło. Nie przepadam za polityką niektórych sklepów, które narzucają marżę z kosmosu, aby dla stałych klientów obniżyć ja potem do “normalnej” ceny. Ceny z książeczki jednak okazały się na tyle korzystne, że zamierzam teraz grzecznie oszczędzać kieszonkowe, aby za rok wyjść ponownie objuczony jak wielbłąd. Jednym z poczynionych zakupów była właśnie Glen Scotia Double Cask. Czemu? Bo kosztowała ok. 130 zł (przy standardzie w okolicach 200 zł) i bardzo chciałem ponownie wrócić do smaków Campbeltown. Nie był to jedyny zakup tego dnia, ale tylko do tej butelki miałem odwagę na razie podejść (cierpliwości).

dsc_6659

Glen Scotia to destylarnia założona w 1832 roku w miejscowości Campbeltown, stanowiącej ongiś jeden z głównych regionów produkcyjnych szkockiej whisky. Z dwudziestu ośmiu destylarni, jakie tu działały w tłustych latach, ostały się trzy: Springbank, Glengyle i Glen Scotia. Przez prawie dwieście lat gorzelnia przechodziła z rąk do rąk i nie święciła olbrzymich sukcesów. Dopiero niedawno, na fali rewolucji w świecie whisky, zaczęły pojawiać się nowości i ciekawe perełki. Degustowana edycja pochodzi z 2015 roku. Jest to wersja NAS (no age statement), o mocy 46%, niefiltrowana na zimno… i niestety kolorowana karmelem (a miało być tak pięknie…). Doceniam natomiast przejrzystość etykiety. Producent informuje o wszystkim, co ważne, nie kryjąc się za tradycją, czy marketingiem.
Obecnym właścicielem destylarni jest firma Exponent, która w 2014 roku odkupiła prawa od poprzedniego właściciela – Loch Lomond Distillers. Zdecydowanie mają nasze wsparcie w modlitwie, bo to, co robią przypadało nam do gustu.

Wersja Double Cask to destylat maturowany w beczkach ex bourbon, a następnie finiszowana w nowych beczkach (first fill) dębu amerykańskiego i na koniec z europejskiego po sherry Pedro Ximenez. Co dzięki temu osiągnięto?

dsc_6658

Oko:
Kolor bursztynowy. Można pomylić z naturalnym ex sherry.

Nos:
W nosie ponownie sherry, a do tego czekoladki nadziewane alkoholem, imbir, cynamon, pieczona dynia, ciemna czekolada, toffi, wino, gryczany miód, delikatna dębina i karmelizowana skórka pomarańczy. Kojarzy mi się ze świętami, imbirowymi ciasteczkami, kompotem z suszu i plackiem dyniowym. Alkohol nie gryzie. Wszystko jest doskonale skomponowane i przyjemne. Chce się próbować.

Smak:
Z początku pikantnie – za sprawą 46% ABV, potem gładko, słodko i mięsiście. Trochę jakbym wgryzał się w dojrzałą morelę. Smak spójny z zapachem. Pojawiają się owoce tropikalne, goździki, karmelizowany banan, miód. Gdzieś na końcu języka uwydatnia się charakterystyczna dla tego regionu winność (wytrawność). Z jednej strony mam ochotę nazwać tę whisky deserową, ale to by trochę spłyciło to, co ma do zaoferowania. Jest to chyba pierwsza whisky, którą nazwałbym nie tyle pieprzną, co papryczkową i nie mówię tutaj o suszonej papryce, ale takiej, która najpierw oferuje słodycz i kuszącą głębię, aby po chwili zaatakować kapsaicyną.

Zdziwiło mnie też, jak bardzo potrafi się zmieniać pod wpływem czasu. Polecam nalanie odrobinki w dwa kieliszki i degustację w odstępach 10-minutowych. Powietrze jej służy i nagradza dodatkowymi, głębokimi wrażeniami.

Finisz:
Średnio długi, z posmakiem papryczki chili i morskiej soli.

Podsumowanie:
Bez niepotrzebnego słodzenia, to bardzo smaczna whisky. Zawiera połączenie tych smaków, których poszukuję w butelce, oferuje sporo za niewygórowaną cenę. Posmak chili – super. 46% ABV, brak filtracji na zimno – super. Złożonością i tropikalnymi nutami przypomina mi odrobinę Kavalana (pewnie beczki ex sherry). Nie rozumiem potrzeby koloryzacji alkoholu, ale mamy co mamy. Podczas zbliżających się świąt na pewno sięgnę po więcej, a może nawet po wersję 15 Y.O., która zupełnie przypadkiem także do nas zawitała. Szczególnie polecam osobom, które gustują w dojrzalszych smakach Speyside. Przypomina mi odrobinę Glienliveta / Glenfiddicha w wersji 18 Y.O.
Gdybym miał wybierać podstawowe edycje z Campbeltown, pewnie w pierwszej kolejności sięgnąłbym po Springbanka, ale to zupełnie różne wypusty. Przy nadarzającej się okazji – zdecydowanie polecam.

*PS:

Po kilku dniach sięgając po kieliszek czułem zdecydowannie winności w finiszu. Gdyby nie to pewnie byłoby 6/10.

picmonkey-collage1

Autor:
Adam Kucharuk
Marika Wójcik-Kucharuk

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *